Gdy patrzę na moje obrazy, to chcę mieć wrażenie, że one już były.
Rozpoznawać je nie tylko dlatego, że brałam udział w ich powstawaniu, odczuwać niejako ich uprzedniość w stosunku do siebie.
Kiedy płótno może pracować, gdy powierzchnia wchłania pigment, powstaje forma, ona mnie interesuje wtedy, gdy nie mogę nad nią całkowicie panować.
W naszym dialogu to płótno ma wiedzę, możliwe jest wywoływanie przez nie śladów, możliwe ich osadzanie się na powierzchni obsypanej pudrem węgla.
To co pojawia się, paradoksalnie już przecież było, ale ciągle możliwy jest kolejny wariant , możliwa odsłona własnego wzoru.
W mojej praktyce malarskiej, w potrzebie utrzymania balansu między konstrukcją a destrukcją, stosuję gest zadeptywania. To działanie, które wymaga ode mnie dokonywania wyborów miejsc, w których ślady pozostaną jak i kontroli siły nacisku na powierzchnię płótna. Odbicia podeszwy nie są jednak doskonale trwałe, fragmentaryczne odciski zagęszczają całość. Wsród nich barwne, organiczne formy połączone są liniami, te poddane prawu grawitacji spływają, tworząc swoisty układ naczyń.
Gdybym miała podać pierwsze źródło, tam skąd bierze się to pierwsze działanie, byłby to niewątpliwie mój dziecinny schowek, wiele schowków.
W latach siedemdziesiątych, przypadających na okres mojego dzieciństwa, spędzałam wolny czas na powietrzu. Jedną z ważnych zabaw było tworzenie pamiętników w ziemi. W wykopanym dołku chowało się ważne listy, kolorowe kwiatki, oryginalne kształtem kamyki. One przetrwały, korzystam z nich. Dawno temu zakopane w ziemi okazują się żywym rezerwuarem.
Amfilady FR

